Warszawa, 6 września 2010 roku. Do biurowca na Prostej wbiegła około 8:30 stukając szpilkami po marmurowych posadzkach. Zmęczona spacerem w deszczu, przewieszona torbą z laptopem, nie przywitała się z ochroniarzem. Weszła do wind korzystając z tego, że grupa ludzi właśnie wchodziła do pracy. W windzie pełnej białych kołnierzyków wcisnęła przycisk 9 piętra. Serdecznie przywitała się z poznaną już wcześniej dziewczyną z recepcji. Rozebrała się, wieszając marynarkę w rozsuwanej szafie, poszła do kuchni zrobić sobie herbatę, czując się jak u siebie. Kolejne godziny minęły na pracy przed komputerem, co poniedziałkowej telekonferencji, obserwowaniu centrum Warszawy z 9 piętra i podróży taksówką do Wilanowa i z powrotem. Warszawa zawsze ją przytłaczała... nieustanny ruch na ulicach, drapacze chmur nad głową, wszechobecne korki, klaksony, tramwajowy szurgot... Cieszyła się, że bywa tu tylko od czasu do czasu...
Wstaliśmy zdecydowanie za późno. Była 6, do planowanego wyjścia pozostało 15 minut, do odjazdu pociągu 45. Ze wszystkim zdążyłam, ale przez Poznań jechaliśmy nerwowo. Na szczęście udało się zdążyć z bankomatem, z kupieniem biletu w kasie i z drożdżówką. Pociąg do Wrocławia odjechał planowo a ja wraz z nim. Niestety mimo dobrych warunków na torach, dojechał z 15minutowym opóźnieniem, nie pozostawiając mi zbyt dużego pola na manewry związane z komunikacją miejską i dojazdem na Muchobór. Mając na sobie torbę podręczną, torbę z laptopem, pokrowiec z ciuchami (które nie mogę zostać pogniecione bo w poniedziałek w Warszawie mam się spotkać z klientką) w jednej dłoni i dużą walizę w drugiej, przestałam widzieć inne możliwości jak pojechanie na szkolenie taksówką. Przyjemność owa kosztowała mnie 40zł (i to po negocjacjach) i spsuła mi humor na resztę dnia.
Szkolenie było ciekawe pomijając fakt, że strasznie bolała mnie głowa (znów coś niedobrego wisi w powietrzu). Prawdziwy kryzys nastał jednak zaraz po nim, gdy nie chcąc wydać kasy na kolejną taxi postanowiłam wrócić do centrum autobusem.Zmęczona ciężarem bagaży czekałam na autobus, który zawiózłby mnie do skrzyżowania na którym złapałabym już bezpośredni autobus na Plac Grunwaldzki. Następnie wysiadłam za wiaduktem jakimś tam i... przyszło mi bardzo dłuuuugoooo czekać, w tym czasie z powodu pobliskiej budowy zostałam okurzona piachem a kierowca autobusu do którego w końcu wsiadłam nie chciał mi sprzedać biletu, mimo że nigdzie wcześniej nie widziałam kiosków ani automatu. Zlitował się nade mną pewien młodzieniec i podarował mi bilet... ulgowy coprawda... ale chyba lepszy taki niż żaden. Dojechałam do Grunwaldzkiego i szukałam hostelu.
Dotarłam. Boli mnie głowa. W sumie możnaby wyjść do miasta, ale czuję się tak słaba, że chyba po prostu zaraz pójdę spać. Dzisiaj znów kołatała mi w głowie piosenka Elektrycznych Gitar "Co ty tutaj robisz uuuuuuu?". Czasem tak, jak dziś wyrywam się do obcego miasta z bagażem, który mnie prawie przygniata, chcąc sobie udowodnić, że jak zwykle dam sobie radę. I gdy już tu jestem silna i samodzielna, w pustym hotelowym pokoju dopada mnie bezsens własnych działań. Już nie chcę być sama i samodzielna...
Jutro kolejny dzień szkolenie. Będzie łatwiej...
... niestety tylko na dwa dni. Poznańskie powietrze, nawet podczas brzydkiej pogody podnosi mi stężenie endorfin. Jak to powiedziała Ania, przez ostatnie trzy misiące spadł mi poziom Poznania we krwi i dlatego musiałam w końcu przyjechać.
Siedzę sama w mieszkaniu. M. wyszedł do pracy. Wcześniej jednak zrobił mi na śniadanie tak dobrą jajecznicę na boczku, jakiej już dawno dawno nie jadłam :) Do tego tosty, opieprzony pomidor i herbata, krótko parzona, lekko osłodzona, gorąca ale nie wrząca. Wszystko tak jak lubię.
Wyglądam przez okno i widzę moje osiedle: szaro-beżowe 4 piętrowe bloki, zielone autobusy śmigające wzdłuż Opieńskiego, las, tescowy parking. Czuję się jakbym nigdy się stąd nie wyprowadziła. M. się śmieje, gdy siedząc w Gdyni mawiam "u nas w Poznaniu". O tym, że mnie tu nie ma na codzień przypomina stojąca pod ścianą walizka. Przypomina także o tym, że niestety jestem tu tylko do jutra. Rano ruszam w dalszą podróż... tym razem do Wrocławia, na 3 dniowe szkolenie. W niedzielę czeka mnie trasa Wrocław - Warszawa. W środę powrót do Trójmiasta. Wiem, wydaje się męczące, ale lubię takie wypady.
Mam dzisiaj urlop, ale nie mogę się oprzeć i zaglądam na służbową skrzynkę. Pracoholizm? Nieee. Gdy robisz to co lubisz, nie traktujesz tego jako pracy. Wrzesień zapowiada się dobrze... a nad Poznaniem już prawie wychodzi słońce :)
Piątek i sobota minęły Kluskowo - Maciejowo. W piątek Państwo K. odwiedzili mnie w pracy. W sobotę poszliśmy razem na obiad, wybraliśmy się do Rewy a skończyliśmy w Redzie ;) by zakończyć spotkanie pogawędkami w Cynamonie.
Wieczór spędziłam w Gdańsku, na koncercie z Kamilem i Vivi i ich wesołą gromadką. Było naprawdę dobrze :)

W niedzielę nie udało się popłynąć do Jastarni, ale za to spędziłam dzień na poważnych rozmowach z Olą, leżąc na plaży.
Faaaajny weekend :)
Wróciłam z plaży wyspana, zrelaksowana i zarumieniona. Biegam pod domu w samej lekkiej sukience bez bielizny. Po całym dniu upału własnie zaczęła się burza. Ostro grzmoci a deszcz pada tak gęsto że, o ile jakieś 10 minut temu widziałam z kuchni prom wypływający z portu o tyle teraz ledwo widzę sąsiedni blok. Zrobiłam herbatę jaśminową. Nasmażyłam sobie naleśników. Z dżemem wiśniowym są naprawdę pyszne. Zjem je sobie bujając się w hamaku na balkonie, posłucham burzy na żywo :D
Siedzę przed kompem w dresie... po raz pierwszy od kilku miesięcy ubrałam grube skarpety. Siedzę przykryta panterkowym kocykiem. Czyżby już jesień?
Reset.
Zawsze, gdy jest mi źle przypominam sobie tę smętną piosenkę Damiena Rice'a. Zeszłej nocy przeszła naprawdę potężna burza. Obudziła mnie. Pokazała mi przerażające błyskawice, trzaskała drzwiami mojego pokoju... Po raz pierwszy leżałam w łóżku spięta i bałam się ściskając pościel. Była tuż za moim oknem a Ty... zostawiłeś mnie samą.
Po pożegnaniu Kaś i Patryków, po porocie z Sopotu wróciłam do domu na chwilę. Zabrałam klucze, wyprowadziłam rower. Wsiadłam, pojechałam na plażę. Ściemniało się, rozłożyłam ręcznik i położyłam się na nim. Z muzyką w uszach, leżałam na wznak, jak bym była jednym z tysięcy ziarenek piasku na plaży... było tak dobrze! Niebo, które obserwowałam zaczęło się dziwnie zachowywać, morze zaczęło buchać. Była godzina 20 a kąpało się prawie tyle ludzi co za dnia. Zrobiłam kilka zdjęć, zanim padł mi telefon. Potem było coraz dziwniej... Leżałam na wznak i czekałam co się wydarzy. Na ciemnym, wieczornym niebie odmalowały się szaro fioletowe barwy. Jedna duża ciemna chmura wisiała niezmiennie wzdłuż linii brzegowej. Niebo zaczęło przecinać się błyskawicami. Zdjęłam słuchawki, by móc słyszeć szum fal i grzmoty. Symfonię zakłucał mi jakiś denny rockowo folkowy zespół grajacy na skwerze. Zaczęło grzmieć i błyskać się a ja nadal leżałam plackiem już na prawie opustoszałej plaży. Grube krople deszczu kazały mi schować się do pobliskiej tawerny. Zamówiłam sobie orzeźwiający imbirowy napój i usiadłam na tarasie z widokiem na plażę i morze, na wiklinowym koszu. Mogłam obserwować spektakl z pierwszej linii. Było pięknie: krótki, bardzo intensywny, gruby deszcz, rzucające się fale, statki migoczące w oddali, wzburzona woda rozświetlana błyskami i słodki smak syropu imbirowego w ustach.
Deszcze szybko ustał. Błyski pozostały. Odstawiłam szklankę i wyszłam. Wyprowadziłam rower z plaży. Był mokry, więc postanowiłam iść do domu spacerem wzdłuż bulawaru. Późny wieczór, ciemność, włączone latarnie, ciepłe powietrze, błyskawice szalejące na morzu, wzburzone fale rozbryzgujące się o kamienie, światła migoczące wzdłuż półwyspu, wiatr. Wszystko żywe, namiętne, czysta energia... w uszach kawałek, który potrafi jednocześnie dawać mi szczęście i łamać mi serce - Luminary...
Powietrze było ciepłe. Zamiast dość bulwarem do Piłsudskiego poszłam dalej w kierunku Redłowa i molo. Było tak przyjemnie... gdy nagle ni stąd nie zowąd burza nade mną rozgorzała na nowo... znów grube krople deszczu. Wsiadłam na rower i popedałowałam w górę Krasickiego... potem znów prowadziłam. Wiało... Wiało chłodem i grozą. Grzmiało a pioruny uderzały dość blisko. Zgasły latarnie, gdy przechodziłam obok, zaczęło mocno padać... Na szczęście zdążyłam.
Po południu drzemałam na plaży około godziny. Nie pamiętam już co mi się śniło, ale wiem że coś. Leżałam w sukience. Słońce zaszło więc nie miałam odwagi się rozebrać. Od niechcenia zjadłam na mieście zapiekankę i wracałam spacerem do domu z nadzieją, że ubiorę się cieplej i poczytam gazetę w hamaku na balkonie. Ostatecznie zasnęłam na łóżku i spałam do 21. Budząc się czułam się jakby już była jesień. Latem nie sypiam po południu.
To był naprawdę wyjątkowy weekend :)
Rejs promem po Bałtyku był jednym z moich założeń (i wręcz marzeń)podczas przeprowadzki z Poznania do Gdyni. Co prawda nie spełniłam mojej szczegółowej wizji, mówiącej o tym, że wracam z pracy, jem szybki obiad, jadę na Kontenerową, spontanicznie kupuję bilet, wsiadam na prom i płynę, ale było blisko.
Zakup biletów był bardzo spontaniczny, z tą różnicą, że odbył się 1.5 miesiąca przed rejsem. Bardzo nie mogłam się doczekać tego terminu. Drugi bilet zaproponowałam Mamie. Dla niej to było szaleństwo, ale ostatecznie się zgodziła. Ostatnie dni przed wypłynięciem były dość dramatyczne, jako że pogoda nie napawała optymizmem.
Na szczęście ma się to szczęście, że po 4 dniach ulew i zgnilizny, budzisz się dnia piątego (który to jest dniem twojego urlopu) i wychodzi słońce :)
Mama bardzo się denerwowała. Wszystko miała spakowane, zapięte na ostatni guzik i mogła spokojnie wyobrażać sobie tonący prom. Zleciła mi tylko kupno Aviomarinu, o czym zapomniałam, a co jeszcze podkręciło jej doznania stresowe. Ja standardowo już zaczęłam pakować się o 23 w czwartek, przy czym tak naprawdę spakowałam się rano przed wypłynięciem. Wypłynięcie zaplanowano na godzinę 9. O 8 kazano być już na miejscu. Mama wstała o 5 rano, by mieć więcej czasu na upewnianiu się w swej decyzji, że na pewno chce popłynąć. Ja wstałam przed 7. Dzień zaczął się ciekawie: wsiadłyśmy w 150 na Władysława IV i zaraz po skasowaniu biletów usiadłyśmy na mokrych siedzeniach. Taki tam dowcip na rozluźnienie atmosfery ;) O ile na mnie incydent nie wywarł zbyt wielkiego wrażenia, bo i tak chciałam już przebrać spodnie na krótkie, o tyle Mama mogła nieco wyluzować ;) Stres przedwypłynięciowy został wyciszony... a raczej wyparty przez brudne, białe spodnie. Jako że Mama ma tendencje do zakładania najgorszych scenariuszy, ustaliła że powodem mokrości siedzenia jest mocz i nie omieszkała obwieścić pozostałym pasażerom autobusu, że na pierwszym siedzeniu "ktoś się spompował".
Przed ósmą byłyśmy na Kontenerowej. Poszłam po bilety a mama do kibelka prać. Potem ja poszłam do kibelka a mama zgubiła bilety (pewnie będzie pisała w komentarzach, że to nie ona, ale nie możecie jej wierzyć :P). Nim jednak zdążyłam się faktem owym zdenerwować, przemiła obsługa Stenaline wydrukowała nam nowe bilety, nie było więc potrzeby dłuższego rozwodzenia się nad sprawą.
Po 8:30 nas odprawiono. Byłyśmy bardzo podniecone, wchodząc na prom. Był naprawdę duuuuży! :D Wszystkie troski zniknęły. Cieszyłam się, bo widziałam, że Mamie się podoba :) Moment wyjścia z portu spędziłyśmy na rufie. Potem zwiedzałyśmy statek. Mamie się wszystko kojarzyło z "Titanicem". Podczas spaceru po lewej burcie zwróciła uwagę, że są tylko dwie szalupy... plusem oglądania filmu było to, że wiedziałyśmy już że w momencie, gdy statek będzie tonął i łamał się na pół, mamy przejść na drugą stonę barierki na rufie i spokojnie czekać, aż do pełnego zanurzenia... Oczywiście bez strachu, że zamarzniemy jak di Caprio trzymający się drzwi, bo przecież nie jesteśmy na Grenladndii (alway look on the bright sight of life!). Widziałam, że mój wywód wyraźnie Mamę uspokoił.
No i było fajnie. Pogoda robiła się coraz fajniejsza, spokojnie okrążaliśmy Półwysep Helski. Mniej więcej na wysokości Jastrzębiej Góry zaczęliśmy odbijać w morze. Widoki były piękne: słońce, błyszcząca woda, fale, wiaterek. Coś niesamowitego. Korzystając z ostatnich możliwości skorzystania z usług polskiego operatora telefonii komórkowej, Mama zadzwoniła do Taty, by pochwalić się jak jest cudownie i że następnym razem On też popłynie. Chwilę potem naszymi telefonami zawładnął norweski Maritime Communications Partner
(MCP). Obeszłyśmy wszystkie tarasy, zwiedziłyśmy niemal każdy pokład u obie czułyśmy się szcześliwe. O 13:30 szcześcia dopełnił obiad. Filet z ryby na literę T, to było coś bardzo bardzo dobrego... do tego gotowane na parze warzywa i suchutkie, cieniutkie fryteczki. Jadłam i jadłam...
W czasie obiadu wzmogło się kołysanie, ale po 5 godzinach rejsu czułyśmy się już jak weteranki morskich podróży i nic sobie z bujania nie robiłyśmy. Czasem jedna udawała odruch wymiotny, by rozśmieszyć drugą i to wszystko. Po 16 jednak zaczynało być coraz gorzej. W naszym pokoiku bez okna było najgorzej.To wtedy pojawiły się pierwsze czarne myśli, że przetrwać tam noc będzie nie lada wyczyn. Większość kryzysu przetrwałyśmy na tarasie pokładu 9. Wuatr był niesamowity, niemal urywało nam głowy, ale było nam lepiej niż w środku. Mama marudziła sobie pod noskiem, że na takie atrakcje się nie pisała i że już by chciała być w domku i że może ten kolejny rejs z Tatą, to w sumie tak niekoniecznie... Ja starałam się myśleć o czymś przyjemnym i odwracać myśli. Myślenie o seksie trochę pomagało. Jednym słowem było ciężko. Ja czułam się jak pod dwóch kieliszkach Martini. Powierzchnia po której stąpałam jawiła mi się raz jako wypukła, innym razem jako wklęsła, czułam się jak w nieważkości. Wymiotów i atrakcji żołądka nie było na szczęście. O 19 cyrk ustał. Zaczęliśmy wpływać na terytorium Karlskrony.
Przez 1,5h, między przypłynięciem a wypłynięciem na promie było naprawdę spokojnie. Ja w końcu dopchałam się do zazwyczaj obleganego staniowiska z Internetem, Mama poszła do pokoiku skorzystać z tego, że można przyłożyć głowę do poduszki i nie czuć, że obiad podchodzi do gardła. Po chwili do niej dołączyłam. Nie dużo brakowało byśmy zmęczone całym dniem, dostały już pod kołdrami. Kupiłyśmy sobie super hiper ekskluzywną herbatę i obserwowałyśmy wypłynięcie ze Szwecji. Fale nadal były wysokie i nadal bujaliśmy się jak piórko na wodzie, tym razem jednak płynęliśmy z wiatrem i wrażenia nie były już tak ekstremalne. Około 22 poszłyśmy sprawdzić, czy przyłożenie głowy do poduszki nadal powoduje zawroty głowy i szybsze bicie serca, ale ku naszej uciesze okazało się, że już jest lepiej i... tak już zostałyśmy.
Do teraz nie mogę sobie wybaczyć, że nie wiem jak wygląda bezkresna ciemność na Bałtyku. Nie powiem Wam czy mieliśmy nad sobą chmury, czy piękne gwiazdy. Spałam słodko jak dzidziuś, na górnym pokładzie piętrowego łóżka w kabinie 617 od 23 aż do 6 rano, kiedy to na całym promie rozbrzmiała piosenka "What's a wonderfull day". Po wyjściu na taras okazało się, że mamy już przed sobą gdyńskie Sea Towers i że ogólnie dałyśmy ciała, bo z oglądania wschodu słońca też wyszły nici. Jakby nie patrzeć, jest to dość ważny powód, by wyruszyć w rejs po raz kolejny! Było NIE-SA-MO-WI-CIE! :D
Od pewnego czasu obserwuję z okna pewną rodzinę. Jest ich troje: dwoje dzieci i rodzic. Przy czym nie wiem, czy rodzic to matka czy ojciec, ciężko rozpoznać. Maluchy są niedosyć, że brzydkie, to jeszcze bardzo nieporadne, dopiero stawiają swoje pierwsze kroki i wrzeszczą. Rodzic siedzi spokojny i tylko obserwuje. Zastanawiam się, na ilu dachach rozgrywają się takie sceny rodzinne. Albatrosy szczególnie upodobały sobie centrum Gdyni. Wieczorami zewsząd słychać ich śmiech i nie sposób zapomnieć, że mieszka się nad morzem.
Niedługo minie miesiąc odkąd mieszkam w Śródmieściu. Dzisiejsza sobota jest pierwszą, którą spędzam w domu. Od początku miesiąca weekendy spędzałam gdzieś. Jestem bardzo zadowolona z mieszkania tutaj. Nie jest coprawda tak komfortowo i nowocześnie jak wtedy, gdy mieszkałam z Właścicielem Rudego Królika, ale ja czuję się lepiej. Mój pokój nie przypomina już klasztornej celi. Kupiłam regał z IKEA i malutkie biureczko. Gdy położę na podłodze dywan, będzie tu naprawdę przytulnie. Do wiekszość gdyńskich atrakcji mogę dojść na piechotę, do morza mam rzut beretem a siedząc przy biurku mam przed sobą panoramę miasta.
Bilet na Trance Around The World with Above & Beyond 15 października w Gdańsku kupiony :)
Gorąca, biała herbata w kubku z logo UAMu...
Była 22. Jan wsiadł do pociągu relacji Gdynia - Wrocław, powiedział "papa Kwiatku" i odjechał. Po chwili zostałam na peronie niemal zupełnie sama. Rozejrzałam się... Pamiętacie mój wywód na temat dworców? Dla mnie to miejsca mistyczne, symbole ciągłej wędrówki. Dworzec w Gdyni jest miejscem specyficznym, wyznacza kres. To tu większość pociągów krajowych kończy swój bieg. Dalej na północ można jechać, już tylko na Hel, jednak nie jest to jakiś znaczący węzeł komunikacyjny. Gdynia Główna to kres podróży.
I stałam na tym peronie, w miejscu ostatecznym uświadamiając sobie pustkę. Wsiadłam na rower, wolność lekko dmuchnęła mi we włosy i postanowiłam pojechać w miejsce, które mnie na ten skraj świata przyciągnęło. Pojechałam nad morze (Morze Błażej - jak proponuje Mirek). Było już ciemno. Usadowiłam się na rozgrzanym jeszcze murku na Bulwarze Nadmorskim i wpatrywałam się w migotające na horyzoncie statki.
Wyglądały identycznie jak przed laty, gdy przyjeżdżałam z rodzicami na wakacje do Sopotu. Przypomniał mi się jeden taki wieczór, gdy przesiedziałam na plaży czytając jedną z książek niemieckiej pisarki Jadwigi Courths Mahler "Pierścionek dla Rosemary". Tak... dziś mogę stwierdzić, że to wtedy wypaczyłam sobie psychikę właśnie książkami Jadwigi, powieściami dla nastolatek Siesickiej i kolejnymi tomami Ani z Zielonego Wzgórza Lucy Moud Montgomery. To przez nie siedzę sama na murku w Gdyni i czekam na księcia z bajki na białym rowerze.
A! Tak naprawdę to ta notka miała być o rowerze właśnie :)
Wyprawę rowerową wzdłuż wybrzeża planowałam już od zeszłego roku. Janek od dłuższego czasu deklarował, że się na nią pisze. Decyzje o tym, że wyjedziemy 10 lipca podjeliśmy dość spontanicznie. Jesteście gotowi? Ruszamy!
Dzień pierwszy (sobota, 10.07.2010) - Gdynia - Lubiatowo
Zaspałam. Na tramwaj wodny odpływający o ósmej rano do Jastarni zdążyliśmy w ostatniej chwili. Około 9:30 siedzieliśmy już na naszych maszynach i pedałowaliśmy na zachód piękną ścieżką rowerową ciągnącą się wzdłuż Półwyspu Helskiego, tuż przy wodach Zatoki Puckiej. Taką ścieżkę mieliśmy do samego Władysławowa. Dłuższy przystanek zrobiliśmy sobie na Rozewiu. Popstrykaliśmy trochę fotek z latarnią w tle, zjedliśmy po bananie. Za Jastrzębią Górą Jaśko złapał gumę. Byłam przerażona, myślałam, że na długo nas to zatrzyma (sama nigdy nie złapałam gumy a przebitą dętkę widziałam pierwszy raz, gdy Jaśko wybebeszał swoją oponę). Niespodziwałam się, że zabrał zapasową dętkę. Zabrał też chyba wszystkie możliwe klucze i śrubki, dzięki czemu naprawa zajęła nie dłużej niż kwadrans. W Karwi wjechaliśmy na leśny szlak. W Karwieńskich Błotach zaliczyłam pierwszą w tym roku kąpiel w morzu. Przy ujściu Paśnicy popsuł się aparat i strasznie mi wtedy spadło morale. Do Białogóry snuliśmy się leśnymi szlakami, podgryzani przez muchy i komary. Czerwony szlak zaprowadził nas głęboko w las i wylądowaliśmy na biwaku w Szklanej Hucie, gdzie biwakujący patrzyli na nas jak na ufo, bo do cywilizacji było naprawdę daleko. Mnóstwo energii zmarnowaliśmy w tych lasach. Ukształtowanie terenu zróżnicowane, piaszczyste drogi i tysiące owadów wymęczyły nas strasznie. Ja nawet wylądowałam na drzewie i obtarłam ramię. Pod koniec dnia jeszcze pomyliliśmy drogę i zamiast pojechać przez Choczewo w kierunku Łeby, wylądowaliśmy w Lubiatowie. Byliśmy tak zmęczeni, że nie było mowy, by jechać dalej. Poza campingiem Topaz nie mieliśmy alternatywy na nocleg. Musieliśmy poświęcić zachód słońca, by móc skorzystać z prysznica, który ku mojemu zdziwieniu był na czas. Każda minuta za 0,50zł a przed każdą kabiną stała pani ze stoperem. Gdy mi Jaśko o tym powiedział, to wybuchnęłam śmiechem, bo byłam przekonana, że to kolejny z jego dowcipów. Niestety nie.
Dzień drugi (niedziela, 11.07.2010) - Lubiatowo - Łeba
Z całą pewnością mogę stwierdzić, że dla mnie był dzień najgorszy ze wszystkich. Po pierwsze: upał był niemiłosierny, po drugie: zmęczeni lasem pastanowiliśmy jechać szosą - przy ponad 30stopniowym upale nie było to dobrym pomysłem. Półtorej godziny przespaliśmy na karimatach leżąc pod brzozą w rowie ;) Potem zaliczaliśmy kolejne wioski: Choczewo, Kurowo, Ciekocino, Sasino, Ulinię, Sarbsk raz po raz opróżniając kolejne butelki wody. Jaśko dawał radę, ze mną było gorzej. Serducho dziwnie mi biło, musiałam często odpoczywać. Upał i asfaltowe drogi dały mi się mocno we znaki. W Łebie wylądowaliśmy około 17. Wieczór spędziliśmy na plaży aż do zachodu słońca. Miałam poczucie zmarnowanego czasu i sił. Nadrobiliśmy bardzo dużo kilometrów, nie posuwając się znacząco do przodu. Na pocieszenie w Łebie nocowaliśmy na Campingu Morskim i był to najlepszy camping ze wszystkich podczas całej naszej wyprawy.
Dzień trzeci (poniedziałek, 12.07.2010) - Łeba - Poddąbie
Nie udało nam się co prawda znaleźć serwisu dla aparatu, ale kupiłam baterię i mogłam zamontować sobie licznik. To, że dalsza trasa przebiegała już płynnie i zaczęliśmy pokonywać naprawdę spore dystanse przypisuję właśnie licznikowi. Zaczęłam kontrolować tempo i starałam się nie schodzić poniżej określonej prędkości. Nie udało nam się zobaczyć z bliska pięknych ruchomych wydm, jednak podróż przez Słowiński Park Narodowy również dostarczyła wielu wrażeń. Do Izbicy, poprzez Gać leśna droga była dla nas łagdna, gdzie niegdzie, ale rzadko zakopywaliśmy się w piachu. W Izbicy mieliśmy do wyboru 3 szlaki do Kluk: 2 długie przez Główczyce, bądź jeden krótki wiodący pod jeziorem Łebsko. Mimo ostrzeżeń pana sklepikarza w Izbicy, że szlak jest bardzo ciężki, wybraliśmy ten krótszy. Początek wyglądał tak sielankowo, że zaczęliśmy myśleć, że pan nas po prostu nabierał. Schodu zaczęły się, gdy byliśmy już tak daleko, że nie było mowy o powrocie a przed nami roztaczało się ogromne bagno, zalane słońcem, przez które wiodła cieniutka... niewiadomo co, ciężko nazwać to ścieżką. Po obu stronach ścieżki teren był podmokły, w pobliży nie było drzew, to co robiliśmy siedząc na rowerach nie można było nazwać jazdą, skakaliśmy po dziurach, upał był makabryczny, a przerwa na łyk wody nie mogła być dłuższa niż kilka sekund, bo zaraz obsiadały nas gzy i zjadały niemal żywcem. Kluki to była nasza ziemia obiecana. Przy wyjeździe z bagien spotkaliśmy dwie dziewczyny jadące na rowerach ze Świnoujścia. Wybrały inną drogę niż ta, ktorą jechaliśmy my.
W Klukach zatrzymaliśmy się na dłużej. Zjedliśmy obiad w niedawno otworzonym zajeździ (niestety nie pamietam nazwy). Jaśko kupił sobie żurek w chlebie (który trochę mu podjadłam) i jelenia w sosie. Ja zjadłam zupę kartoflaną.
Dalej aż do Rowów twardo trzymaliśmy się R10. Wbrew pozorom nie jest to łatwy szlak. W Rowach zaliczyliśmy pierwszą wpadkę kulinarną. Pizza zjedzona w "włoskiej" restauracji to był prawdziwy żal. Na tyle wielki, że przepędziła nas z Rowów, w których mieliśmy nocować do oddalonego o kolejne kilometry Poddąbia. Miałam stracha, że nie zdążymy dojechać do cywilizacji przed zmrokiem, ale naszczęcie się udało. Poznaliśmy nowe piękne miejsca: Dębinę i Poddąbie właśnie. Malowniczo i pięknie! Zachodzące tam słońce, to było coś naprawdę niesmowitego! A gdy zrobiło się już ciemno, właśnie tam, siedząc na plaży po raz pierwszy zobaczyłam spadającą gwiazdę :)
Dzień czwarty (wtorek, 13.07.2010) - Poddąbie - Darłówko
Wyjechać z Poddąbia było ciężko. Nie ze względu na drogę bynajmniej, lecz na piękne krajobrazy które napotykaliśmy, a których nie omieszkałam uwiecznić. Błękitny spokojny Bałtyk zachęcał do kąpieli, nie mogliśmy odmówić. Mimo że do Ustki mieliśmy około 10km jechaliśmy tam bardzo długo. W Ustce pożałowaliśmy swojej rozwiązłości czasowej. Zaraz po obiedzie, gdy szykowaliśmy się do dalszej drogi, złapała nas burza. Skuleni przesiedzieliśmy 3 godziny pod daszkiem urzędu celnego w porcie (mogliśmy mieć duży dach przy Biedronce, a ja uparłam się, że jeżeli mamy bezczynnie siedzieć, to chociaż miejmy widok na morze... Nie był to zbyt dobry pomysł. Trochę zmarzliśmy ;P) Od 15 do 18 siedzieliśmy niczym kurki na grzędzie. Byłam załamana, bo tego dnia bardzo mało przejechaliśmy. Czułam, że Świnoujście jest coraz bardziej odległe. Wypogodziło się. Spojrzeliśmy na mapę. Do zachodu słońca mieliśmy jeszcze około 3 godzin. Postanowiliśmy odpuścić Jarosławiec i Wicie i kierować się prosto na Darłowo. Pojechaliśmy drogą samochodową. Z perspektywy czasu powiem, że był to bardzo intensywny kawałek, dokładnie 40km przejechane w 3 godziny. Tak naprawdę chyba właśnie po tym odcinku się rozkręciłam. Na plażę w Darłówku wczołgaliśmy się akurat w momencie, gdy słońce zanurzało się w morzu. Widok był przepiękny. Po rozbiciu namiotu, zrobiliśmy jeszcze spacer do centrum.
Dzień piąty (środa, 14.07.2010) - Darłówko - Gąski
Mimo że intensywny wysiłek z dnia poprzedniego nie odbił się jakoś specjalnie na moim samopoczuciu, kolana wbrew mojej woli zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Na szczęście żel do smarowania stawów działał. Tradycyjnie już zjedliśmy śniadanko w kawiarni pijąc herbatę (ja) i kawę (Jaśko) oraz drożdzówki (ja) i kiełbasę (Jaśko). W Dąbkach zaczęła się dla mnie podróż sentymentalna, starałam sobie przypomnieć to miejsce z czasów dzieciństwa, gdy jeździłam tam z rodzicami na wczasy, ale było ciężko. Bardzo fajną trasą jechaliśmy do Dąbkowic, objeżdżając jezioro Bukowo od góry. W Dąbkowicach jednak, skończyła się nie tylko dobra trasa, ale trasa w ogóle. Do wyboru było wrócić i wziąć jezioro od dołu lub przepchać rower plażą aż do Łaz. Wybraliśmy opcję drugą. Przy czym dostać się na plażę było nie lada wyczynem. Wiem, że gdybym była tam sama, nie poradziłabym sobie ze zniesieniem roweru ze skarpy. Więc w tym miejscu... wielki szacun dla Janka.
Piasek na brzegu nie sprzyjał jeździe na rowerze. Musieliśmy prowadzić. Wędrowaliśmy w samo południe, więc cieszyłam się, że się opalę. Był to jeden z tych pięknych kawałków, do których mało kto się zapuszcza. Wędrowaliśmy więc bezludną plażą a wodorosty przyklejały się do roweru i smętnie zwisały ze szprych. Plaża między Dąbkowicami a Łazami była tak wyludniona, że od czasu do czasu udawało się nam spotkać naturystów. Zazdrościłam im. Wciąż marzę o tym, by pozbyć się ubrań i wylenić się na jakieś bezludnej plaży... ale to nie był czas na lenistwo. Lenistwo jednak upomniało się o swoje, gdy dotarliśmy do Łaz. Pespaliśmy na plazy chyba 2 godziny. Było błogo. Obudziliśmy się głodni. Na obiad skusiliśmy się jednak dopiero w Unieściu. Bardzo dobrą pizzę zjedliśmy w pizzerii Kaprys. Poza smakiem (którego niestety zabrakło w pizzerii w Rowach), doceniliśmy także bardzo dobrą obsługę (uśmiechnięci ludzie, przynoszący pizzę w miejscu, gdzie wczasowicze rotują co minutę i restauracja działa na pełnych obrotach, było doprawdy czymś fenomenalnym). Jaśko docenił także toaletę, w której ogolił sobie brodę.
Dalej było Mielno - letnia stolica Wielkopolski. Jeśli ktoś z Was jest samotny i brakuje mu kontaktu drugiego człowieka, zachęcam by pojechał do Mielna i poocierał się o innych ludzi. Ludzi jest tam tyle, że chyba wszyscy są na to skazani. Zjedliśmy w Mielnie lody i pojechaliśmy dalej. A dalej było Sarbinowo. Kolejne z miejsc, w którym byłam jako dziecko. Jaśko porobił mi zdjęcia w tych samych miejsach, w których fotografowali mnie rodzice 20 lat temu. W Sarbinowie słońce było już coraz niżej a ja bardzo chciałam zobaczyć jego zachód z wierzchołka latarni morskiej w Gąskach. Udało się :)
W Gąskach zakwaterowaliśmy się na fajnym, niedrogim i nowoczesnym polu namiotowym Alfa. Jedynym minusem była konieczność płacenia dodatkowo za kartę czipową i ciepłą wodę, do której karta była niezbędna. Nie mniej warunki bardzo dobre i obsługa miła.
Dzień szósty (czwartek, 15.07.2010) - Gąski - Mrzeżyno
R10 na wysokości Gąsek jest trasą całkiem przyjazną. Jechaliśmy sobie spokojniutko lasem do Pleśnej, potem asfaltem wzdłuż terenów wojskowych aż niepostrzeżenie wjechaliśmy do Ustronia Morskiego. Z Ustronia był już rzut beretem do Sianożąt i mniej więcej o 13 nakryliśmy Kasię opalającą się w ogrodzie na Kwiatowej 1. Jaśko uciął sobie komarka na łóżku, którego nie doświadczył od 6 dni, ja w tym czasie rozczesałam poplątane włosy, wzięłam prysznic, umyłam głowę. Na obiad poszliśmy na stołówkę, gdzie dają dużo. Ilość obiadu na talerzu była naprawdę imponująca. Po obiadku wystartowaliśmy w dalszą drogę, tym samym wjeżdżając na trasę, którą pokonałam rowerowo przed rokiem: lotnisko w Bagiczu, piękna ścieżka rowerowa z Podczela do Kołobrzegu, nieco gorsza trasa drogą samochodową do Grzybowa a potem przez lasy do Dżwirzyna i asfaltem do Mrzeżyna. Na miejscu byliśmy wcześnie, jednak nie na tyle by ryzykować wyprawę do Pogorzelicy plażą, nie zdążylibyśmy przed zachodem słońca. Późne popołudnie aż do wieczora spędziliśmy więc leżąc na plaży. Po zmroku postanowiliśmy poszukać miejsca na nocleg. Drogowskazy na mieście poprowadziły nas do Campingu Rega, na którym nocowałam rok temu z Żółwiem. Poznałam Pana, który obsługiwał rówenież przed rokiem i wysępiłam rabat na nocleg :) Minusem było to, że ciepła woda była tylko do 20. Jaśko wykąpał się w zimnej, ja poszłam spać na trola z zamiarem wzięcia prysznicu rano. Przed snem nasłuchałam się jeszcze jakim to jestem śmierdzielem i brudasem ;P
Dzień siódmy (piątek, 16.07.2010) - Mrzeżyno - Międzywodzie
Dnia siódmego nie ocpoczywaliśmy. O ósmej rano byłam już czyściutka i mięciutka jak kaczuszka. Czekała nas około 7kilometrowa wędrówka do Pogorzelicy plażą. Byłam podniecona tą perspektywą, po zeszłorocznej wycieczce ten fragment trasy był moim najmilszym wspomnieniem. Wtedy pokonywałam go późnym popołudniem, tuż przed zachodem słońca. Teraz mieliśmy rozpocząć wędrówkę w samo południe. Wcześniej jednak zjedliśmy śniadanie na falochronie przy ujściu Regi a potem pokonaliśmy ładnych parę kilometrów po kocich łbach, przez co nabawiliśmy się bolących nadgarstków. Potem była już błogość i Karaiby... piasek biały i miałki niczym mąka, błękitna woda, płycizny roztaczające się daleko od brzegu, owieczkowate chmurki na niebie. Przez te kilka kilometrów kąpaliśmy się co chwilę, do okoła nie było żywej duszy. Im bliżej Pogorzelicy tym częściej mijaliśmy plażowiczów i w najdzikszych miejscach najczęściej byli to plażowicze niemieccy. Polacy najwyraźniej są bardziej towarzyscy i wolą plażować w zatłoczonych miejscach. Obiad zjedliśmy w Niechorzu. Rewal, Pobierowo i Pustkowo minęliśmy bardzo szybko. Jaśko podobnie jak ja przed rokiem zwrócił uwagę, że Rewal jest bardzo ładnym, zadbanym miasteczkiem. Potem Dziwnówek i Dziwnów, w którym wjechaliśmy na wyspę Wolin. Na nocleg zatrzymaliśmy się na polu namiotowym u bardzo miłej pani w Międzywodziu.
Dzień ósmy (sobota, 17.07.2010) - Międzywodzie - Świnoujście
Noc w Międzywodziu była nocą niespokojną. Wieczorem dnia poprzedniego zadzwoniła mama i opowiadała o nawałnicach, które mają nawiedzić zachodniopomorskie. W nocy nawałnicy na szczeście nie było, na szczęście nie padało, ale grzmoty i błyskawice brzmiały poważnie. Uwielbiam burzę, ale wolę ją przeżywać w zaciszu swojego pokoju. Niekoniecznie w maleńkim dwuosobowym namiociku nieprzymocowanym do ziemii (rozkładaliśmy igloo, wbijanie śledzi bez których namiot i tak stał sobie darowaliśmy). Tak więc noc była trochę nerwowa. Rano atmosfera była ciężka, jeśli chodzi o pogodę. Po śniadaniu zjedzonym na plaży, ruszyliśmy na Międzyzdroje. Moje nogi coraz bardziej przypominały wstążki powiewajace na wietrze i
mimo że siły miałam mnóstwo, na kolana nie miałam wpływu. Czułam się
bezradna. Pod góry po prostu nie umiałam już podjeżdżać. Nic mnie niby nie bolało, podjechać po prostu nie mogłam, rower wprowadzałam. Przy czym podczas jednego takiego podprowadzania, gdy w sekundzie zerwała się ulewa w towarzystwie ostrych grzmotów, okazało się że jednak mogę. Przypływ adrenaliny zrobił swoje. Zmoczyło nas trochę w Kołczewie. Na chwilę przestało, ale czuliśmy za sobą burzę przytulającą się do naszych pleców. Przed Wisełką zobaczyłam drewniany daszek ze stolikami na skraju lasu i namówiłam Jasia byśmy tam przeczekali nawałnicę. Przeczekiwaliśmy przez 3 godziny... głównie śpiąc. Jaśko z głową na stole, ja na jego plecach. Zimno było, mokro i nieprzyjaźnie. Oczami wyobraźni widziałam już trafiającego w nas pioruna, albo że będziemy sterczeć pod tym daszkiem do nocy. Żeby było ciekawiej z comiesięcznych powodów rozbolał mnie brzuch.
O 15 się wypogodziło. Wygłodniali dojechaliśmy do Wisełki i zjedliśmy na obiad pomidorówkę i schabowe. Górzyste tereny przed Międzyzdrojami pokonałam to wprowadzając rower pod góry, to z nich zjeżdżając. Zboczyliśmy nieco z drogi, by zobaczyć Gasań - największy w Polsce klif, liczący 115m n.p.m. Ludzie przechadzający się po plaży, wyglądali z góry niczym małe robaczki. Widok zapierał dech, Międzyzdroje były już na wyciągnięcie ręki.
Zatkało mnie, gdy dojechaliśmy do miasta. Tylu ludzi nie było nawet w Mielnie! Możliwe, że to z powodu weekendu, nie mniej przyjeżdżać na wypoczynek weekendowy w takie miejsce, to strzelenie sobie samobója. Ruch na promenadzie i molo przypominał brodzenie mrówek w smole. Plaża również nie wyglądała ciekawie. Udało się zrobić analogiczne jak przed rokiem zdjęcie na molo. Mogliśmy ruszyć dalej. Kolejny postój czekał nas już w Świnoujściu. Brzuch bolał mnie tak, że Jaśko poczęstował mnie APAPem. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo poza tym, bo nagle uzdrowiło mi kolana! Droga przez las była przyjemna i oboje czuliśmy już we włosach powiew chwały :) Mogłam wjeżdżać pod górę i miałam power. Około 17 zmęczeni i szczęśliwi wczłapaliśmy się na ponad 80 metrową latarnie. Moje kolana konały od wchodzenia po schodach. Potem przeprawa promem do Świnoujścia właściwego, na wyspę Uznam i poszukiwanie campingu. Camping w mieście był chyba tylko jeden, warunki pozostawiające wiele do życzenia, ceny wywalone w kosmos i namiot na namiocie. Rozbiliśmy nasz, pochowaliśmy rzeczy i poszliśmy na poszukiwanie pizzerii. Zapytany o pizzę gość, spotkany na promenadzie... jak się okazało miejscowy, wysłał nas do Cechu. Przemaszerowaliśmy dla tej pizzy chyba całe miasto, ale było warto. Była ogromna i smaczna.
Dzień dziewiąty (niedziela, 18.07.2010) - Świnoujście - Gdynia
Dziwnie było obudzić się i stwierdzić, że nie musimy już dalej jechać, że cel osiągnięty. Obudziłam się o 7 rano i tak sobie o tym dumałam patrząc w sufit namiotu, przy akompaniamencie Jaśkowego chrapania. Ogarnęłam się szybko i obudziłam Jana i po 8 rano staliśmy na plaży w Świnoujściu. Słońca nie było. Niebo zasnute było przez chmury, wiatr czochrał włosy. Nasza radość była wielka. Wróciliśmy spakować ekwipunek, wymeldować się i postanowiliśmy zwiedzić niemiecki Ahlbeck. Po powrocie do Świnoujścia zaliczyliśmy kolejną wpadkę kulinarną w spagheterii Apetito. Ja zjadłam spaghetti carbonarę z sosem z torebki i kawałkami tłustego boczku, Jaś zamiast lasagne dostał jakiś maleńki ochłap polany sosem. Do pociagu mieliśmy coraz mniej czasu ale chciałam jeszcze zobaczyć widywany na zdjęciach biały wiatraczek stojący u wejścia do portu. Musieliśmy się bardzo spieszyć, ale się udało. Po 15 wystartowaliśmy do Szczecina, potem szybka przesiadka do pociągu jadącego bezpośrednio do Gdyni. O 22 byliśmy na miejscu. Przed wejściem do domu złapałam gumę. Takie tam śmieszna pointa dziewięciodniowego szaleństwa :)
Jestem szczęśliwa i pełna wrażeń. Leczę co prawda luźne kolana i opuchnięte kostki, ale gdybym miała przejechać ten dystans jeszcze raz, zrobiłabym to z wielką przyjemnością. To jest coś niesamowitego. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. W Ahlbecku stwierdziłam, że z wielką chęcią pojechałabym dalej w głąb Niemiec... ale to już plan na przyszłość. Na dzisiaj to tyle.
1:48 już prawie się spakowałam. Jeszcze tylko kąpiel i spać. O 8 odpływa tramwaj do Jastarni, na którego pokładzie musimy się znaleźć. Przede mną tydzień urlopu. Wyprawa wzdłuż wybrzeża, o której myślałam od dłuższego czasu. Marzę by ostatniego dnia zobaczyć Świnoujście. Trzymajcie kciuki i obserwujcie mnie na BLIPie, postaram się informować na bieżąco. Telefony mam przy sobie, więc możecie dzwonić i sprawdzać, czy żyję :)
Oby wszystko poszło z planem.
Hmm... Plan jest taki, że nie ma planu... tzn... jedyne co jest pewne, to że jedziemy na zachód. Do dzisiaj nie wiedziałam, czy mam rower. Mateusz zliftingowany: 1 opona z Kauflanda gładka, z tyłu opona bieżnikowa (bo drugiej takiej samej nie było, a poza tym może lepiej), bagażnik z Reala, sakwy z Inter Marche importowane z Poznania. Z ręką na sercu - tak przygotowana do długiej trasy jeszcze nie byłam. Tylko hamulec trzeba rano dokręcić :) Ach... uciekam, przygoda wzywa ;)
morze, lato, upały, wakacje, turyści, Sopot, koncerty, plaża, przeprowadzka, kartony, wyjazd firmowy, grecka uczta, karaoke, zawody sumo, mecz piłki nożnej, Włocławek, rodzice, praca, pomysły, śmiech, chleb!, rower, Gdynia, biurko Benedykt, shaorma, gokarty, prędkość, adrenalina, zajebistość, a w piątek już urlop i pedałujemy wzdłuż wybrzeża! yeah!
... dopadł mnie dzisiaj dwa razy.
Najpierw chwaliłam się nową, zwiewną sukienką w błękitną kratkę, by potem po pracy, ta sama sukienka spłatała mi niezłego figla. Buuu ;( Dawno nie czułam się tak zawstydzona. Otóż wspomniana sukienka niepostrzeżenie pod wpływem torby, którą miałam na prawym ramieniu zaczęła unosić się do góry. Sama nie wiem co było pierwsze, wyrazisty powiew wiatru na pośladku, czy facet wychylony przez kierownice samochodu ;(
To jedno. Drugie: wracam sobie do domu z zakupami a przed blokiem widzę mój rower. Zapomniałam go wczoraj schować do piwnicy :]
W takich chwilach samoocena spada mi na tyle, że muszę ratować się mantrą... "lubię siebie"... "naprawdę lubię siebie"... "jestem zajebista" :) Pakuję rzeczy i zawożę dzisiaj pierwszą część do nowego mieszkania. Obym znów nie zrobiła czegoś głupiego :)

Podróżniczka przez życie, od 26 lat panująca nad własnym chaosem. Kochająca wolność, lato i morze. Niczego nie żałująca, na ogół szczęśliwa. Wychowana na skarpie nad Wisłą, wykształcona w Poznaniu, szukająca swojego miejsca na ziemi, obecnie w Trójmieście. Opisuję prawdziwe wydarzenia z życia, piszę o pierdołach, od czasu do czasu coś nazmyślam. Po prostu...
